TEKSTY Z TRZEWI ?>

TEKSTY Z TRZEWI

TU I TERAZ W OBLICZU

Twoja smutna cierpliwość

pełna uwagi osłaniała nas przed obawą,

była lekcją dni obcowania ze skrytą

śmiercią, z nikczemnością hieny

żerującej na gruzach i schwytanej w mroku

przez straż pilnującą wyładunku, był to

rachunek ścisły małych liczb

Salvatore Quasimodo: Do Ojca,

przeł. Artur Międzyrzecki


Stajemy twarzą w twarz ze ścianą liściastego lasu. Ta konfrontacja kończy film o doświadczeniu Oświęcimia – Syn Szawła. Zielone liście to życie. Życie to wiatr w listowiu. I woda czerpana przez korzenie. Szary jest popiół, który widzimy wcześniej, jego hałdy, wsypywane metodycznie rękami więźniów do rzeki. Szary jest gęsty dym palonych zwłok, który przypomina mgłę. Las jest na wyciągnięcie ręki, stoimy przed nim. Może oznaczać niemożliwą wolność, wolność niedosiężną, ale wydaje mi się, że tutaj nie chodzi o metaforę. Las jest sędzią. A raczej bezstronnym obserwatorem ludzkiego opętania. Drzewa patrzą na nas i widzą. Widzą. Na swój sposób. Widzą nas na swój sposób. Nie osądzają, ale umożliwiają pozaludzki osąd, jeśli spojrzeć choć przez chwilę z ich perspektywy, ich oczyma. W tym sensie są i nie są sędziami.

Chwilę wcześniej Szaweł razem z grupą desperatów z Sonderkommando, uciekinierów z obozu zabłąkał się do zburzonego czy spalonego domostwa w lesie. Inni gorączkowo dyskutują co robić. On widzi chłopca. Być może jest to ten sam chłopiec, którego zwłoki starał się – bezskutecznie – pochować, a może inny, może jakiś chłopiec ze wsi. Może to ten chłopiec-posłaniec od Godota, który ma powiadomić oczekujących, że i dziś jego pan nie przyjdzie… Czyżby zatem to Bóg w nagrodę czy może za karę zesłał na Szawła wizję czy iluzję zmartwychwstania? W nagrodę? Za czyn sięgający najgłębszych pokładów człowieczeństwa – działanie próbujące ocalić godność drugiego człowieka, bezbronnego dziecka, które Szaweł w głębinie rozpaczy wcześniej usynowił lub które rzeczywiście było jego synkiem. Za karę? Za to, że podejmując się takiej misji, naraził życie tych, którzy wciąż trzymają się życia i żywią nadzieję. Naprawdę Bóg był łaskaw mieszać się w sprawy ludzi?

Chłopiec złapany zostaje przez jednego ze strażników z oddziału pościgowego, który odpycha go jednak, aby nie przeszkadzał w tym, co ma za chwilę nastąpić w pobliskiej ruinie. Chłopiec biegnie w kierunku lasu i znika pośród drzew. Słychać krótką salwę z karabinu maszynowego. Już po wszystkim. Moment wolności i nadziei w grupie trwał tylko chwilę dłużej niż moment epifanii Szawła, a może tak samo krótko.

Gdy Szaweł widzi chłopca, gdy ten mu się objawia, na jego twarzy pojawia się delikatny uśmiech. Zastygła twarz muzułmana, człowieka otępiałego, chodzącego trupa, przypominająca maskę niczym w Akropolis Teatru Laboratorium, ta twarz – ożywa. To drugie „zmartwychwstanie”, po pierwszym chłopca. A może to tylko złudzenie, że to dobro przebija się przez tępotę i zobojętnienie? Czy dobro wywołane zostało desperackim aktem człowieka pogrążającego się w otchłani? Czy stawiło się i objawiło jako przedśmiertna błogość? I to pomimo, że powinność nie została spełniona, gdyż zwłoki chłopca uniósł wcześniej nurt rzeki? Tyle że uśmiech Szawła nie kłamie, niczego nie maskuje. Jest mimowolny, jak dreszcz przeszywający ciało. To jakby pogłos apokatastazy, który zdaje się docierać do nas z przejścia między tym a tamtym światem. Znakami zapytania i mnożeniem „może” bronię się przed realnością tego uśmiechu. Nie wiem co począć ze sprzecznością, w jakiej pozostaje on z upodleniem człowieka przez człowieka. Jestem nieufny i bezradny. Bezradny, bo nieufny?

Sztuka to gospoda pod znakiem zapytania. Jest zbędna? Jest zbytkiem? Ma rację bytu tylko jako hymn pochwalny lub oczyszczenie? Lub wtedy, gdy przynosi pociechę i ukojenie? Lub gdy jest wstrząsem? A jednocześnie artyzm to przestrzeń pytań zadawanych sobie, drugiemu, drugiemu i sobie. Jest paradoksalnym miejscem, stwarzającym szansę na przekroczenie uwarunkowań doczesności. Miejscem konfrontacji z sobą samym, tu i teraz, teraz i zaraz. Prawdziwa sztuka nie czeka, nie puka – bez ceregieli wchodzi w nas, jak w masło. Czy wciąż chcemy i wciąż potrafimy korzystać z szansy, jaką daje?

Tak, jest możliwa sztuka po ludobójstwach. Po genocydzie, po holokauście, po Kambodży, Rwandzie i Tazmamarcie. I po tym ludobójstwie, o którym pisał Pasolini – cichym czy wrzaskliwym ludobójstwie zachodniego konsumeryzmu. Co więcej, jest możliwa sztuka o ludobójstwie. Dowodzą tego Werfel i Ben Jelloun, teraz Nemes. Sztuka to naturalna emanacja ludzkiej kreatywności, tego, co człowiek ma najcenniejszego – wyobraźni, to potrzeba taka sama jak głód czy wypróżnianie. Wyraża się w niej ludzki głód wolności i pragnienie transgresji. Będzie więc trwała, będzie się odnawiać ze zgliszcz, ruin, z pogorzeliska, re-generować. I potwierdzać swoją niezbędność, choćby tylko jako sposób na to, by pamiętać. Syn Szawła w dobie selfie z Auschwitzem w tle może stanowić tego przykład.

Ale wartość tego filmu jest większa. Niczym najwybitniejsze przedstawienia teatralne umiejscawia nas w tu i teraz. Kino z zasady jest bezpieczniejsze niż teatr, bo w sensie materialnym jest przewidywalne. Cóż bowiem może się stać podczas projekcji na płaskim ekranie? Spalić taśma w projektorze? Zawiesić obraz? Przesterować dźwięk? W teatrze zasadniczo nigdy nie wiadomo, co się wydarzy. Może być i czasem bywa groźnie – i dla aktora, i dla widza. Ale to kino – to kino tak okrutne, jak okrutny teatr Artauda, z którego zdaniem Sontag widz nie powinien wyjść moralnie czy emocjonalnie nietknięty. I wcale nie dzieje się to tutaj tylko dzięki temu, że film podlega rygorowi formy – konsekwentnie realizowanemu, specyficznemu sposobowi filmowania z perspektywy głównej postaci, ten ograniczony ogląd sprawia, że widz wciągnięty zostaje w rzeczywistość fabryki śmierci, wpada w tryby maszynerii zagłady, która staje się tu niemal namacalna. Chodzi raczej o brak kompromisów – inaczej niż w filmie W ciemności, tutaj dzielimy straceńczy los więźniów przez cały czas. Nie ma, jak tam, wytchnienia, możliwości opuszczenia choćby na chwilę upiornej rzeczywistości kanałów. Jak w antycznej tragedii raz puszczona w ruch akcja toczy się nieubłaganie, czas zagęszcza się, staje się „czasem gęstym”, nie ma odwrotu, katastrofa jest nieunikniona. Tu – inaczej niż w teatrze – stroni się jednak od metafor, a mimo to dzieje się to samo, co u Becketta, co u Kantora. Realność przeszłości objawia się i ukonkretnia, niemalże materializuje. Jestem tam i wtedy, tu i teraz zostaję obnażony, ogołocony. Zawołano do mnie, bym stanął w prawdzie o człowieku. A poprzez to w obliczu swojej własnej prawdy. I odpowiadam na to zawołanie. Jak do tego doszło? Nie wiem. Może poprzez sugestię bluźnierstwa, prowokowanie transcendencji, o którym pisałem? Wiem tylko, że nie stało się to poprzez utożsamienie. Identyfikacja, jak w tragedii, wbrew pozorom, wcale nie jest możliwa. Poza tym byłaby w tym przypadku czymś niedorzecznym.

Do tego kina nie wchodzi się bezkarnie. Boli, bardzo boli. Obiecuję sobie, że nie obejrzę tego filmu po raz drugi. Konfrontacja z nim powinna pozostać doświadczeniem jednorazowym. Wiem, że nie dotrzymam tej obietnicy. Pokażę go kiedyś swojemu synowi. A potem pójdziemy do lasu, może w Brzezince. Będziemy rozmawiać albo – milczeć.

 

Grzegorz Ziółkowski

Wrocław, 29–31 stycznia, 2 lutego 2016

Poznań, 9 marca, 11 września 2016