DWUGŁOS O MIŁOŚCI ?>

DWUGŁOS O MIŁOŚCI

Poszukiwanie teatralne „Dwugłos O MIŁOŚCI” (2017)

„wietrzeje sól ziemi

słowa

stają się bezdomne”

Tadeusz Różewicz na obrzeżach poezji (1997)

 

„Skąd się bierze zło

jak to skąd?

z człowieka

zawsze z człowieka

i tylko z człowieka

[…]

żadne stworzenie poza człowiekiem

nie posługuje się słowem

które może być narzędziem zbrodni”

Tadeusz Różewicz Recycling (1998)


SŁOWO WYSTĘPNE

„Żona bez «ż» to tylko ona” – to dowcipne hasło reklamowe pokazuje, iż żonglerka słowami uprawiana przez speców od kreatywnego marketingu ma się całkiem nieźle. Tyle że tego typu pomysłowość, innowacyjność itd. niewiele ma wspólnego z wyobraźnią poetycką. Ta dotyczy tego, co w nas głębiej i najgłębiej, można by powiedzieć, że dotyczy samego rdzenia naszej indywidualności. Formuje się i wysubtelnia w bezpośrednim kontakcie z naturą, a także z żywym słowem, na przykład słowem opowieści szeptanym do ucha wnuczkowi czy wnuczce, słowem mającym swoją temperaturę, zapach, a nawet smak – ten ostatni wtedy, gdy towarzyszy mu pocałunek… Bajarka czy gawędziarz oddechem, pauzą, żywą obecnością, słowem i gestem, czy raczej słowem-gestem pomaga stworzyć w umyśle słuchacza (i widza) całe światy. Neurobiolodzy powiedzieliby o tworzeniu się dzięki temu nowych połączeń nerwowych w Wielkim Procesorze – mózgu… Gdy te nie powstaną, obiegi impulsów nerwowych stają się przewidywalne, zapętlają się, a metafora, będąca wyrazem niezależności ludzkiego ducha, więdnie niczym ścięte mrozem kwiaty. Trudno przewidzieć długofalowe konsekwencje tych procesów. Ekspansywna i inwazyjna technokultura z jej pomijaniem czy kwestionowaniem organiczności i bezpośredniości kontaktu bez wątpienia stwarza szereg możliwości – dla przykładu szansę na dokonanie zdystansowanej obiektywizacji czy erupcję kreatywności, tyle że najczęściej tej powierzchniowej, kojarzonej z grą konceptami (słownymi, wizualnymi, wizualno-słownymi, takimi jak np. memy). Ale tam, gdzie pojawia się szansa, czyha, prawem homeostazy, zagrożenie (zob. Performer Grotowskiego). Na przykład groźba przewidywalności, replikacyjności, co z kolei grozi wyjałowieniem. Czy technokultura przyczynia się do atrofii wyobraźni poetyckiej, a tym samym do pozbawienia pojęć subtelności i wielowymiarowości? Zgaduję, iż jest to raczej rezultat szerszych, horyzontalnych procesów globalizacyjnych, wiążących się z pogłębiającą się komercjalizacją, merkantylizmem, utowarowieniem wartości i życia. Technokultura świetnie się zaś sprawdza jako wół pociągowy wlokący za sobą walec niwelujący niuanse oraz elegancję różnorodności i unikalności. Czy słowa, pojęcia (te swoiste pojemniki) są w stanie podnieść się po tym, jak przejechał się po nich papkokulturowy walec? Bo przecież potrzebujemy ich, chcemy im wierzyć „na słowo”, gdyż bez nich granice naszego świata (Wittgenstein) niebezpiecznie się kurczą…

Los jednego z nich można uznać za modelowy dla kultury post-. Tym słowem jest „Miłość”. Naznaczona rysą sentymentalizmu, romantyczności – miłość silnie powiązana została ze słodko-gorzkim uczuciem, emocjonalizmem, czułostkowością. Ta swoista unifikacja czy pornografizacja, czyli sprowadzenie słowa do jednego wymiaru, niemalże do jednej funkcji, sprawia, że wielowymiarowość miłości przestaje być nie tylko widoczna, ale i wyraźnie odczuwalna, „doznawalna”. A przecież Miłość to i czułość, i namiętność, odpowiedzialność połączona z zaufaniem, eros i caritas (agape) – oddanie i poświęcenie. Jest rodzicielska, jest między kochankami. To dobrość, mądrość i piękno, jakich życzymy naraz drugiemu człowiekowi. W tej platońskiej trójni wyraża się nie tylko uczuciowość, ale również – i nade wszystko – postawa wobec świata, wobec Innego, wobec Innej, którzy są osobnymi światami.

Ufam, że rację miał Norwid, gdy pisał, że z rzeczy tego świata zostaną tylko dwie i więcej nic. Poezja to pierwsza część tej pary. Druga – dobroć. Ale i Różewicz miał rację, gdy dopowiadał, że zostało… NIC. Nihilizm – choroba, która trawi współczesną kulturę jako pochodna przekonania, że nic od nas nie zależy, sprawia, że „polityka zamieni się w kicz, miłość w pornografię, muzyka w hałas, sport w prostytucję, religia w naukę, nauka w wiarę”. Różewicz umieścił te słowa w jednej z najważniejszych książek polskiej kultury – Matka odchodzi, wydanej w 1999 roku. Czy jego przewidywania formułowane u progu nowego milenium już się sprawdziły? Zabawki techokultury tylko maskują to narastające, inflacyjne NIENTE, o którym Cezary Wodziński pisał: „Nic jest trudne. Nic jest wyzywające. Nic jest wzywające. Nic wciąga”.

Poezja to najważniejszy sposób wyrazu ludzkiej wyobraźni połączonej z sensualnością, które zagęszczają się i intensyfikują w żywych słowach poddanych rygorowi form, rytmów, brzmień, znaczeń – jednocześnie. Poezja i jej bliźniacza siostra (czasem siostra syjamska) – muzyczność – służą nam. Pomagają wyjść naprzeciw nieprzewidywalności życia. Martwię się o nie, bo jako ojciec martwię się o swoje dzieci i o świat, w którym przyjdzie im za chwilę stawiać pierwsze samodzielne kroki.

„Niektóre słowa umarły, mimo że ich jeszcze używamy” – mówił Grotowski u zarania kultury czynnej, w jednej ze swoich najważniejszych wypowiedzi: Święto. Czy można poddać słowa recyklingowi (jak chciał Różewicz), przetopić je w tyglu praktyk międzyludzkich, w tym teatralnych? Można przecież słowo trawić i wydalać, wykrwawiać, rozdzierać, zbić na miazgę, odrzucać; można słowem karmić – jak pisał Poeta po obejrzeniu Apocalypsis cum figuris. Czy słowo „Miłość” ma szansę odzyskać swą moc, paletę kolorów, nabrać rumieńców w wyniku takich zabiegów? Nadzieje, jak autor Recyclingu, mamy marne, ale – jak On – nie składamy broni… I zabieramy się za stworzenie kolejnego teatralnego dwugłosu, by przymierzyć siebie do tych problemów.

Grzegorz Ziółkowski

marzec, wrzesień 2016